Na początku stycznia prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę dostosowującą polskie przepisy do unijnego Aktu o usługach cyfrowych (Digital Services Act). DSA to prawo, które wprowadza jasne zasady odpowiedzialności platform internetowych oraz wzmacnia prawa użytkowników.
Prezydent uzasadniał swoje stanowisko obawą o wolność słowa, porównując proponowane rozwiązania do cenzury rodem z „Roku 1984”. To argumentacja chybiona. Zawetowana ustawa nie wprowadzała prewencyjnej kontroli treści, lecz procedurę reagowania na treści nielegalne, jasno zdefiniowane w obowiązującym prawie: oszustwa, podszywanie się pod inne osoby, treści pedofilskie, piractwo czy nawoływanie do nienawiści. Co więcej, decyzje organów państwa miały podlegać kontroli sądowej.
Obecnie platformy internetowe w praktyce nie ponoszą odpowiedzialności za publikowane na nich treści. Jednocześnie mogą je dowolnie moderować, a nawet usuwać konta, powołując się na własne regulaminy. Zwykły użytkownik stoi w starciu z nimi na z góry przegranej pozycji. Tzw. Big Techy przez lata rozwijały się w warunkach niemal pełnej deregulacji, skutecznie blokując próby ograniczenia swojej władzy.
Ustawa wdrażająca DSA miała to zmienić. Nakładała na platformy obowiązek uzasadniania decyzji moderacyjnych, umożliwiała składanie odwołań i wprowadzała przejrzyste zasady odpowiedzialności platform za publikowane treści. Alternatywą dla tych regulacji nie jest „wolny internet”, lecz arbitralna władza prywatnych korporacji.
Przygotowane przez rząd regulacje miały być tarczą obywatela w starciu z cyfrowymi gigantami. Weto tę tarczę z ich rąk wytrąca. Jak widać, prezydent wybrał interesy globalnych platform kosztem praw zwykłych użytkowników.